Moje spotkanie z Holokaustem. Stacja Muranów.

Nasza pamięć czasem przypomina kliszę, a życie zapisuje na niej obrazy. Mówię życie, ale myślę bardziej o tych błyskających jak flesze migawkach, których czas nie prześwietla. Bo czasem utrwalamy te sekundy, nie chcąc ich stracić, a innym razem stają się one częścią nas samych. I nie ma znaczenia Twoja opinia, bo nie oszukasz przeszłości, nie masz na nią wpływu. Nie Ty decydujesz  o tym, kiedy to do Ciebie wraca. Wiem, że tak jest, jestem tego pewien. To tylko jedna historia z pół miliona ukrytych pod asfaltem nowoczesnej metropolii.

Antek Cukierman widział piekło, jakie człowiek zgotował człowiekowi, a był wtedy młodym chłopakiem i kochał całym sercem swoją Cywię. Życie ściskał równie mocno, takie są prawa młodości. Rodziców już nie miał, przepadli w przeklętych lejach na paliwo, na niedokończonym sowieckim lotnisku, koło Wilna, w Ponarach. Od kul padli niemieckich, tak jak nasi przodkowie w pobliżu małej wsi, w Palmirach, na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej. Jeszcze wtedy w drugiej połowie 1941 roku SS-mani stawali twarzą w twarz ze swymi ofiarami. Tylko wódka nie leczyła sumienia, które krzyczało seriami salw. Himmler, dosłownie omdlał w Mińsku podczas „wizytacji” egzekucji. Ciężko jest o tym pisać, a co dopiero być tam. Aby zdjąć ciężar ze swoich barków, stworzyli mobilne komory zainstalowane na samochodach ciężarowych. Marek nie podam, bo to dzisiaj silni gracze na rynku. Potem te komory mobilne stały się bardziej stacjonarne. Treblinka pochłonęła morze krwi. Infrastruktura śmierci zastąpiła człowieka, komory gazowe najpierw napędzały silniki diesla, też znanej firmy, silnego gracza na rynku, ale marki nie podam. Potem już inżynierowie z rodzinnej formy Topf und Söhne czy  Hoch und Tiefbau  udoskonali system i zaprzęgli wszelkie ręce na pokład. Architekci dobrowolnie, bo interes był intraty, zamienili prymitywne komory z Bełżca w wysublimowane krematoria. 210 m2 wystarczało do uśmiercenia nawet 1680 osób, a przy tym zużywano niecałe siedem kilogramów Cyklonu-B. A dalej, znowu modyfikacja, ciała transportowano na partner windą, gdzie czekały już piece. A piszę o tym, bo zima 1943 roku dała się garstce Żydów z warszawskiego getta niesamowicie w kość. Strata, samotność zabijała ludzi. Garstka wciąż żyła, ale Antek i tak wygrał los. Miał przy sobie kobietę. Tylko, że Cywia dużo milczała, nie otwierała się zbyt często, a jej chłodne spojrzenie mówiło więcej niż słowa. Kiedy Antek wrócił z Krakowa w grudniu 1942 z postrzeloną nogą i na wpół żywy zajęła się nim. Bo Antek rwał się do walki i spinał projekt, jakim była Żydowska Organizacja Bojowa. Potem, jak już na rogu Gęsiej i Nalewek posypały się nad ranem w stronę wkraczających SS-manów butelki samozapalające, zaczęła się walka. 19 kwietnia. I zupełnie niewielu przeżyło ostateczną likwidację getta. Antek wyszedł wówczas, na kilka dni przed powstaniem, na aryjską stronę szukać kontaktów z polskim podziemiem, które utrudniła wsypa Jurka Wilnera, pierwszego łącznika. W nocy z 7/8 maja Cywia wyszła z Miłej 18 wraz z komendantem Anielewiczem i jego dziewczyną do schronu na Franciszkańskiej 22. Tam akurat był Marek Edelman, a oni szukali żydowskiego chłopca, który orientował się w gąszczu kanałów. Potrzebowali doświadczonego kanalarza – przewodnika, bo getto całe płonęło, a niemieckie owczarki węszyły w podwórzach z precyzją myśliwych. I Marek przekonał Cywię, żeby już nie wracała razem z kompanami. Posłuchała go, ona jedyna została. Marek uratował jej życie, bo godziny sztabu i bojowców na Miłej były policzone. Kilka, kilkanaście godzin później Anielewicz i stu innych bojowców już nie żyło, zginęli śmiercią samobójczą, albo od gazu. Stroop, generał uwielbiający knedle i dobre papierosy, znał lokalizację schronu dowództwa powstania już 7 maja. Ten dowódca myślał prosto, bo takim był człowiekiem i za wszelką cenę chciał rozprawić się z „bandytami”. Z piętnastu osób, które cudem uszły szóstym wyłazem, żadna nie doczekała końca wojny. Antek i Cywia przeżyli Zagładę i założyli w Izraelu kibuc Bojowników Gett. Tylko on nie mógł się oswobodzić. Przeszłość wracała i była z nim do końca, trochę jak dopalająca się świeca.

To jedna historia w skrócie, ledwie jej zarys. Jedna z pół miliona. Wracam do myśli przewodniej, od której zacząłem. Te krótkie urywki z naszego życia mają niezwykłą moc, tworzą i inspirują naszą historię. Trzy i pół roku, temu w jedną z wrześniowych sobót, wyszedłem z klatki budynku przy Niskiej 1, w przetartej koszuli, sfatygowanych dżinsach, i kierowałem się do swojego 24-letniego samochodu. Wtedy dokładnie naprzeciw Kopca Anielewicza podeszły do mnie dwie kobiety w sile wieku, izraelskie turystki. Miałem już wówczas ogląd na Muranów. Po pięciu wspólnie spędzonych godzinach, pozostał ślad i ich zdumienie. Bo gdy spotykasz człowieka, stereotypy pękają. Pęd życia pchał mnie w różne strony, ale to coś tkwiło. Kim byli Ci ludzie, tam, wtedy i czego doświadczyli? Kiedy już moja domowa biblioteka wypełniła się po same brzegi, a przeczytane strony sięgały stu tysięcy, na horyzoncie dostrzegłem tlące się światła.

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s